Mochnaczka, 1972 r.
olej, płótno
65 x 81 cm
sygn. dat i opis. na odwrocie
obiekt niedostępny
Bezkresna różnorodność możliwych punktów wyjścia i nieskończona liczba rozwiązań możliwych, nieograniczona swoboda wyboru i konieczność wybierania, czynią każdy krok w sztuce niepewnym i trudnym. Każda decyzja wydawać się tu musi niezmiernym wyrzeczeniem, wszelkie spełnienie jest zarazem jedynie rezygnacją. Dojrzałość mierzy się wewnętrznie rosnącymi tylko wątpliwościami, a w pogłębiającym się poczuciu niedoskonałości to, co zdobyte, przestaje się liczyć. Ważne jest samo ponawianie wysiłku, cykliczne powracanie do tych samych z pozoru prób, zaczynanie jakby bez żadnych wstecz doświadczeń.
Sztuka wówczas jawi się jako coś innego niż produkowanie dzieł sztuki, niż wytwarzanie pięknych przedmiotów po prostu, z których każdy stanowić ma samą dla siebie całość – skończoną. Cel artystycznego działania ukazuje się wówczas jako coś nie podlegającego materializacji, coś nieosiągalnego nigdy w pełni, przybliżanego jedynie w owym ponawianym wciąż akcie, którego treść, też zawsze niepełną, odczytujemy
z pozostawionych śladów: z budowli i wielkich utworów orkiestralnych, z pieśni i poematów, z posągów, fresków, płaskorzeźb i obrazów. I to, co pięknem tych przedmiotów nazywamy, to zaledwie rozbłyskujący na ich powierzchni, rozświetlający ich wnętrze refleks tamtego dalekiego celu. Nie więcej niż refleks, bo – jak powiada filozof renesansowy – „w żadnej materii forma niematerialna i umysłowa nie może być oddana taką, jaką rzeczywiście jest. Każda widzialna forma prawdziwej i niewidzialnej formy, istniejącej w umyśle i będącej samym umysłem, pozostanie zawsze tylko jej podobizną i obrazem”.
Niesłusznie więc, kiedy myślimy o formie, łączymy ją z widzialnym jedynie kształtem. Malarstwo nie jest sposobem widzenia, lecz unaocznianiem sensu, odkrywaniem oczom sposób pojmowania świata w nas i świata poza nami. Jest to ukazywanie znaczeń, lub raczej ukazywanie drogi wiodącej ku znaczeniom, których się do końca nie da zgłębić, ale których się też innym sposobem nie da zasugerować nawet. Jest ono ściganiem prawdy, chwytaniem duchowego w sidła niedoskonałe zapewne, lecz jedyne. Jest przymierzaniem skończonego do nieskończoności, nachylaniem ku sobie dwu nieporównywalnych wymiarów.
Obok tej, istnieje inna jeszcze skala, do której się sztuka prawie nieustannie odnosi. Tę drugą zawiera w sobie natura. Ona także daje się pojąć jako forma, jako całość ekspresyjna, jako układ znaczeń, który chcemy przeniknąć, zrozumieć sztuką. I stąd malowanie pejzażu porównać można do ustawiania naprzeciw siebie tych dwu form jak dwóch luster przeglądających się wzajem: stawianie „formy stwarzanej”, którą uzmysławia, którą
niesie w sobie obraz – wobec „formy tworzącej”, czyli przyrody. Pierwsza ma odsłaniać to, co druga trzyma w utajeniu – ma czynić bezpośrednim to, co się kryje poza kuszącymi urokami malowniczości, poza myląco łatwą mową poszczególnych kształtów i barw, poza wszelką przypadkowością, poza zmiennością odwodzącą nas od tego co istotne, broniącą przystępu do absolutnej dziedziny nienaruszalnego trwania. Tak, dzięki sztuce, natura ma się uczytelnić dla nas, sztuka zaś – dzięki naturze – ma się stawać bardziej „organiczna”, bardziej „naturalna” i twórcza, bowiem w formach stwarzanych odzwierciedla spontaniczną kreacyjną siłę formy form.
Obnażanie więc, odkrywanie owej formy oddala nas ostatecznie od jednostkowych konkretów. Bo sztuka jest najbliżej swego niedosiężnego celu, i równocześnie najbliżej natury nie wtedy gdy kopiuje zewnętrzność, gdy naśladuje jej wyglądy, lecz kiedy wkracza na obszar obiektywności „oderwanej”. Na tym obszarze czujemy się wyzwoleni z terroru konwencjonalnych przyporządkowań, spod rygoru najbardziej nawet lotnych, wysublimowanych, odkrywczych symboli, które – zawsze tradycją obciążone – zakotwiczają nas w werbalnej jednoznaczności. Uciekamy ze strefy znaczeń już zdobytych i znanych: rzeczywistą świeżość poznania zapewnia nam ta sztuka, która deformuje – czyli z kształtów pojedynczych i z ich sumy wydobywa ich metafizyczny sens, ich formę ostateczną. Z obrazu wyłania się przyroda znacząca – zamiast podobnej tylko. Na gruzach zaniechanych, czy zapomnianych już praw powstaje nowy porządek: powietrze jest ciężkie jak woda, a woda lekka jak powietrze; skawalone bryły światła kamienują, miażdżą przedmioty, i ranią oczy w bolesnym pod słońce potrzeniu. Może jedna przestrzeń wychodzi cało z tej metamorfozy. Rozpoznajemy ją, ale jej funkcja się zmienia. Nie jest to ta sieć, którą w codziennym doświadczeniu łowimy kształty zjawisk, nie jest to już „forma” zmysłowego wyłącznie
poznania. Tak jak farba odmaterializowuje się w blask i cień, tak i przestrzeń owa – wyzwolona z brzemienia fizyczności otwiera swoje wnętrze na przyjęcie poetyckiej wiedzy.
Tekst profesora Wiesława Juszczaka z katalogu wystawy monograficznej artysty w Zachęcie w 1971 roku


Jeżeli chcesz być na bieżąco ze specjalistyczną wiedzą która pomoże Ci w Twojej pasji, wiedzieć o niepowtarzalnych ofertach zanim zobaczą je inni zapisz się do naszego newslettera. Nie będziemy spamować!
Zapisz się, aby otrzymywać wiadomości i oferty specjalne!
Zostałeś pomyślnie dodany do naszej listy subskrybentów.